Polish Dutch English French German

A+ A A-

"Udana zasiadka" - Wojciech Smyła

  • Kategoria: Piórem karpiarza
  • Opublikowano: sobota, 28, lipiec 2012 20:10
  • Marcin Janic
  • Odsłony: 5241
altalt
Na taką zasiadkę czekałem można powiedzieć całe życie. Ale nic nie przyszło samo. Zbieranie doświadczeń.. dobór sprzętu.. poszukiwanie miejscówki... Urlop zaplanowałem na wrzesień z kilku powodów. Najważniejszy - nie lubię ludzi nad wodą. Taki już jestem. Owszem, mogę z kimś pogadać, zamienić kilka zdań, ale wolę być sam.
Obcować z przyrodą, wsłuchiwać się w nią. No może nie tak do końca sam. W wyprawach od kilku lat towarzyszy mi mój kochany Aron. Piękny bokser. I aż mnie ciarki przechodzą, gdy pomyślę, że kiedyś go zabraknie. Ale miało być o rybach. Pierwszy wrzesień. Nareszcie koniec wakacji. Dzieciaki do szkoły, ludzie kończą urlopy, a ja zaczynam. Jestem nad moją ukochaną wodą. Wspaniała cisza. Nie ma nikogo. Długo na to czekałem. Na razie nie łowię. Wypływam pontonem. Około 50 m od brzegu powinno wystarczyć. Nie lubię wywozić zestawów a raczej mój pies nie lubi, kiedy wsiadam do pontonu. Tutaj dorzucę z brzegu bez problemów. Troszkę ponad 3 metry wody, a dookoła 4 i dalej 5 metrów. Żeruję. Około 8 kg kukurydzy rozrzucam na szerokość 10 metrów. Wcześniej wymieszałem pół na pół surową i ugotowaną. Pewnie narażę się zawodowcom - nie łowię na kulki. Wolę kukurydzę. Dlaczego? Bardzo lubię łowić ryby, które dla prawdziwych " karpiarzy " są tylko przyłowem, mianowicie karasie. Piękne, grube, 2-3 kg okazy uwielbiają złociutkie ziarna. Porządnie wypłukaną kukurydzę gotuję na wolnym ogniu pod przykryciem, aż zacznie pękać. Wtedy nie odlewam wody, tylko odstawiam całość na balkon. Do rana w garnku nie ma wody, a ja mam wspaniałą przynętę. Do łowienia wybieram kilkadziesiąt najlepszych ziarenek i zalewam w słoiczku olejem kukurydzianym. Takie tłuściutkie ziarna oczywiście nie zepsują się przez kilka dni zasiadki a i ryby bardzo je lubią.

Deszcz, nie deszcz - żeruję sumiennie prawie przez tydzień zmieniając proporcje na korzyść gotowanej kukurydzy. Oczywiście obserwuję wodę. Po kilku dniach widzę ryby. Chyba amury. One pierwsze przyszły do stołówki. Adrenalina, ciarki po plecach. Czekam. Wreszcie jadę. Siódmy dzień, rano. Pogoda taka sobie. Całą noc przelotny deszcz. Ale ciśnienie w górę! Chyba tylko jakiś kataklizm mógłby mnie przerazić. Organizuję stanowisko. Robię porządek po "wakacyjnych gościach". Tego nienawidzę. Jak można zostawić po sobie tyle syfu. Butelki, puszki, śmieci. Rozbijam namiot, stolik, parasol, dwa krzesła ? jedno dla mnie, drugie oczywiście dla Arona. Jeszcze raz wypływam i delikatnie żeruję samą gotowaną kukurydzą. Patrzę na zegarek. Jest prawie 10 rano. Nareszcie rozkładam sprzęt?

Na pierwsze branie czekam pół godziny. Złapał się tylko 0, 5 kg karaś, ale jaki śliczny z długą płetwą ogonową - prawdziwa złota rybka . Całuję go mocno i wypuszczam z życzeniami. Spełniły się szybko. Tego dnia łowię dwa amury 11, 85 kg, 13, 05 kg oraz pełnołuskiego złotego karpia 8, 90 kg . Z każdą rybą zaraz po złowieniu robię sobie po kilkanaście zdjęć i od razu zwracam naturze. Nie przetrzymuję ich niepotrzebnie ani przez chwilę w żadnych siatkach czy workach. Niepotrzebny stres.
alt
alt
alt
alt
alt
alt
Jest wspaniale. Pogoda zrobiła się piękna, świeci słońce, nie ma wiatru. Na termometrze dwadzieścia pięć stopni, jak na wrzesień to upał. Opalam się i odpoczywam. Na następną dużą rybę czekam do rana. Przez noc brały tylko pojedyncze karasie i leszcze. Złowiłem też kilka karpi do 5 kg . Oczywiście z wrażenia prawie nie spałem. Na drugi dzień jest też dobrze. Rano jest duża mgła. Wszystko jest przesiąknięte rosą. Godzina 6.20 - wielki karaś 2, 65 kg, następnie królewski karp 11, 10 kg . Na następne duże ryby czekam do 10 września. Rano łowię jednego po drugim dwa piękne amury 14, 30 kg oraz 15, 20 kg . Czuję się spełniony. Nie liczy się nic. Zapominam o całym świecie. Ale prawdziwa nagroda czeka mnie 11 września, w ostatni dzień zasiadki. Przez całą noc praktycznie nie było brań , sygnalizatory milczały, więc porządnie się wyspałem. Dzisiaj mgła była dużo mniejsza i od rana zaświeciło pięknie słońce. O godz. 8.30 mocne przegięcie wędki i piękny odjazd ryby. Podnoszę kij. Ryba się zatrzymała. Jeszcze chyba nigdy nie walczyłem z takim przeciwnikiem. Stoi sobie w miejscu kilka minut. Dla mnie całą wieczność. Kochany pies cały czas mi kibicuje. To zawsze on na dźwięk sygnalizatora, pierwszy jest przy wędce. Teraz patrzy na mnie mądrymi oczami i czeka. Ja też. W końcu ruszyła. Powoli, przy dnie. Kilka metrów w prawo, kilka w lewo. Mam wrażenie, że ciągnę tonę zielska. Myślałem, że ryba wbiła się w rośliny i przyszło mi walczyć z taką,, kanapką?. Po około 20 minutach wzajemnego przeciągania pierwszy raz,, Go? zobaczyłem. Piękny, potężny, prześliczny ( mogę mnożyć epitety). Nie jakiś pochodzący z zarybienia, wypasiony na kulkach, królewski wymoczek z łowiska komercyjnego tylko prawdziwy, dziki sazan ze żwirowni. Jeszcze nie jest mój. Jeszcze kilka odjazdów, jeszcze desperacka próba wpłynięcia w przybrzeżną roślinność. Drugie podejście pod podbierak i jest? Minęło z pół godziny. Karp leży w podbieraku ciężko łykając powietrze. Jest prześlicznie ubarwiony, wielkie płetwy dodają mu uroku, wygląda jak żywa torpeda. Łowiłem już sazany na rzece San, ale takiego jeszcze nie widziałem. Niewątpliwie król żwirowni ? 15, 80 kg i metr długości budzą szacunek. Jeszcze tylko obowiązkowa sesja fotograficzna. Będzie się czym pochwalić. Oczywiście połowa zdjęć mi nie wychodzi. Wypuszczam rybę życia z wielkim namaszczeniem. Karp leżał na wodzie kilka minut zanim nabrał dość siły i odpłynął do swojego domu. Ja już nie łowię. Już mi wystarczy. Ponad cztery doby nad wodą i dobre ponad sto kilogramów ryb. Uff?
alt
alt
alt
alt
alt
alt
alt

Wojciech Smyła

Nie masz uprawnień, zaloguj się aby komentować.

Musisz być zalogowany by móc pisać

Facebook Slider