Pierwszy mix, pierwsze kulki - Robert Kawurek, Sebastian Mol
Zainspirowani artykułami kolegów z portalu o kulkach proteinowych własnej roboty postanowiliśmy spróbować własnych sił w kulinarnym dogadzaniu naszym wodnym pupilkom. Do tej pory stosowaliśmy raczej kuleczki sklepowe z dolnej i średniej półki, które często okazywały się zawodne.
Z domową produkcją nie mieliśmy styczności, a nasza wiedza na temat kulania w praktyce była zerowa. Po przestudiowaniu artykułów oraz konsultacjami z bardziej doświadczonymi chłopakami z portalu postanowiliśmy jednak spróbować zrobić własne domowe kuleczki z nadzieją, że to właśnie będzie to.

Zabraliśmy się ostro za lekturę i zaplanowaliśmy swoje pierwsze mixy. Ponieważ jednomyślnie stwierdziliśmy, że będziemy robić domowe kulki, dlatego już na samym początku odrzuciliśmy myśl o stosowaniu gotowych miksów. To dało nam pewność, że będziemy znać dokładnie skład naszej mieszanki bazowej.


Po zaopatrzeniu się w niezbędne składniki: mąki, aromaty i inne komponenty oraz akcesoria potrzebne do domowej produkcji ustaliliśmy termin wielkiego dnia, w którym miało okazać się, w co się pakujemy. Pierwsza partia próbna ok. 1,5 kg zeszła nam prawie 4 godziny, co dobrze nam nie wróżyło, lecz pokazało, jaka jest to świetna zabawa.


Udowodniliśmy sobie, że nawet zimą można żyć karpiowaniem. Po paru dniach, gdy kulki przeschły, zaczęliśmy sprawdzać jak będą zachowywać się w wodzie i efekt był zadawalający, kuleczki nie rozpadały się, a jednocześnie oddawały swój aromat. Zmotywowani pozytywnym efektem już wiedzieliśmy, co będziemy robić do końca zimy.


Każdy kolejny raz pozwalał nam jeszcze lepiej wyrabiać ciasto, które coraz to lepiej się nam rolowało, a zarazem sprawiało nam to coraz większą frajdę. Po przerobieniu kilku kilogramów miksu nabraliśmy takiej wprawy i umiejętności wyrabiania ciasta, że zabierało nam to coraz mniej czasu, wiec kulanie większej ilości nie było już problemem. Niewiele czasu minęło, by spędzanie zimowych wieczorów na produkcji własnych kulasków stało się częścią karpiowania.


Cóż to będzie za radość, gdy wyholujemy pięknego karpika na kuleczkę własnej produkcji. Niestety na efekty naszej kulinarnej pracy będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, ale po całym sezonie będziemy mogli ulepszać nasze mixy, bogatsi o nowe doświadczenia, których w tej dziedzinie sportu chyba nigdy nie dość. Jesteśmy pełni nadziei, że nasza zimowa praca nie pójdzie na marne, a karpiom zasmakują nasze kuleczki i będą dobrze współpracować.
Kiedy nie można siedzieć wygodnie w fotelu nad wodą wyczekując na branie - bo za oknem śniegu co nie miara, nie ma co marnować czasu, tylko trzeba i tę część karpiowania wziąć we własne ręce.
Robert Kawurek, Sebastian Mol
Zmieniony (środa, 17 lutego 2010 11:12)

























































