Ostatnio na forum
Więcej...




"Moje karpiowe Genesis" - Marcin Janic

Ocena użytkowników: / 14
SłabyŚwietny 

altalt

Zima to taki okres, kiedy większość czasu spędzamy w domu, siedzimy i myślimy o następnym sezonie, planujemy, obmyślamy, przeglądamy sprzęt, czasopisma i serwujemy w sieci po karpiowych portalach. Rodzą nam się w głowie plany i idee. Dla mnie ta zima jest wyjątkowa, bo dokładnie 10 lat temu w mojej głowie narodziła się nowa prosta idea - "łowić duże karpie na kulki proteinowe".

Pamiętam, jak dziś, kiedy siedziałem przeglądając wędkarskie czasopisma, jakie wrażenie robiły na mnie zdjęcia, na których byli wędkarze z wielkimi karpiami. Wtedy jeszcze artykuły o tematyce karpiowej były nieliczne i najczęściej był to (jeśli już był) jeden artykuł na całą gazetę. Długi czas zazdrościłem tym szczęściarzom takich wyników, takiego sprzęt, takich ryb. Ale nie wiem skąd, nagle wpadła mi do głowy jedna myśl: "jeśli oni łowią duże karpie, to ty też potrafisz, tylko musisz postępować zgodnie z tym, co piszą..." I się zaczęło - mobilizacja - pamiętam, najpierw namawiałem kolegę pół zimy, z którym wspólnie łowiłem, abyśmy spróbowali, po dłuższym czasie w końcu przystał na mój pomysł i można było działać.


W tamtych czasach, jako uczniowie nie mieliśmy większego wyboru, bo ograniczały nas środki finansowe. Ale to nie było ważne, bo liczyła się idea - "łowić większe karpie, niż przeciętne". Zaplanowaliśmy zasiadkę na początku naszych wakacji w szkole, czyli koniec czerwca. Pamiętam, jak ustaliliśmy, ze siedzimy: "3 tygodnie nawet bez brania", bo w gazecie było napisane, że dużego karpia trzeba wysiedzieć!!! Sprzęt, którym dysponowaliśmy, w żaden sposób nie można było nazwać karpiowym: teleskopy z pomarańczową szczytówką, kołowrotki do odległościówki i kilka akcesoriów, które używałem w trakcie zwykłego łowienia - to wszystko, na co było nas stać. Pierwsze nasze kulki robiliśmy na najzwyklejszym miksie TB 50/50, a dodawaliśmy do tego tylko jajka i barwnik. Ale ile było z tym zabawy, jak przychodził dzień kulania, inni koledzy przychodzili popatrzeć, co się dzieję i co ci wariaci wyprawiają. Obkupiliśmy się w podstawowe akcesoria do metody gruntowej z nastawieniem na karpia tj: ciężarki, plecionki do przyponów, haczyki, igły i stopery. Wtedy jedyny karpiowy sklep w pobliżu znajdował sie w Chorzowie, każdy go zna, bo do dziś świetnie prosperuje, a nazywa się Carp Fish Sport. Pamiętam, jak do niego wchodziłem, to jakbym wchodził do innego świata, mimo, że był to maleńki sklepik, w którym ciężko było się obrócić. A ceny!!!....O Boże!!!... to były ceny. Wtedy sprzęt karpiowy praktycznie nie funkcjonował w polskim handlu. Większość rzeczy była sprowadzana z zagranicy. Pamiętam, ze za swój pierwszy worek karpiowy zapłaciłem 140zł, bo był francuski. Dzisiaj ten sam identyczny worek można kupić z Jaxona za 30zł, ale wtedy to było coś.... Trzeba również pamiętać o tym, że 10 lat temu 100zł miało całkiem inną wartość, niż dzisiejsze 100zł. Jak widziałem na półce Big Baitrunnery LC, to mnie telepało, ale nie wiem dokładnie, czy z powodu ich wyglądu, czy ze względu na cenę, bo 1200zł to była dla mnie wtedy kwota wielkości "Mount Everest". Ale co tam, moje "pomarańczowe szczytówki" dawały radę podczas holu pierwszych karpi i to było ważne.


To były piękne czasy, razem z kolegami okupowaliśmy jezioro na karpiowych zasiadkach. Gdy rozeszła się informacja, że na zalewie ciągniemy karpie, wtedy 200m w prawo i 200m w lewo każde stanowisko było zajęte przez wędkarzy. Nie przeszkadzało nam to w ogóle, bo wielką frajdę sprawiała nam świadomość, że tylko u nas biorą karpie!!! To były czasy wygłupów, beztroski i piękne początki mojego hobby. Wspomnień jest mnóstwo, sam nie wiem, od czego zacząć. Może zacznę od mojego pierwszego pomarańczowego "karpiowego" namiotu, którego widać na kilku zdjęciach. Ten pomarańczowy tropik miał jedną wadę, gdy zaczynało padać, to przeciekał jak zwykły materiał, dlatego musieliśmy załatwić do niego "karpiową narzutę". No i załatwiliśmy narzutę w sklepie budowlanym - folia malarska; koszt 2zł. Uwierzcie, że spełniała swoje zadanie idealnie, choć wyglądało to obciachowo. Takie coś nie mogło nam przeszkodzić w łowieniu karpi!!!! Ale co z tego, prawda jest tylko jedna: "Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma..."

alt

Tu idealnie widać, jak folia malarska zastępowała nam nieprzemakalną narzutę.


Ale to nie koniec opowiadania o namiocie. Koniec tego namiotu był smutny, bo zwyczajnie spłonął. Zacznijmy jednak od początku.... łowiliśmy na naszym zalewie, a zestawy wywoziliśmy 200m w jezioro kajakiem, godzina 21:00, zestawy wywiezione, więc można położyć się na przygotowanych materacach i czekać na brania. Zamiast używać oświetlenia elektrycznego, używaliśmy świeczki. Pamiętam, że to był taki mały plastikowy znicz (wkład). Ok godz. 22 branie na wędce, wyskoczyliśmy, zacięcie, hol, podebranie, buzi, karp do wody i wywózka. To wszystko trwało dobre pół godziny. Wywiozłem, wróciłem, usiedliśmy przy wędkach, a kolega Krzyś spojrzał na namiot i mówi do mnie: - coś się jasno w namiocie zrobiło?!?. Od razu skojarzyłem, że to ogień, świeczka w momencie, kiedy wybiegaliśmy do brania, została poruszona i przekrzywiła się, a ogień przepalił plastikowe ścianki, następnie zajął całą resztę, czyli ubrania, poduszki, materace i namiot. Po ugaszeniu tego dużego ogniska wodą było chyba więcej śmiechu, niż narzekania i myślenia. Takie to były czasy!!! Ale cała noc była przed nami i musieliśmy spać pod gołym niebem. Aż tu nagle ok 5:00 rano oberwanie chmury, potężna ulewa, krople jak grochy zaczęły lecieć z nieba, przebudziłem się i jakoś wcisnąłem się pod resztki tego spalonego namiotu (smród spalenizny był straszny). A kolega...upsss... zapomniałem Krzysia obudzić... Twarz z otwartymi ustami skierowaną miał ku niebu tak, że deszcze bił mu prosto w twarz, ale Krzysiu słynął z twardego snu....i wtedy dobitnie to udowodnił!!! 1,5 godziny potężnej ulewy nie zdołało go obudzić... wiem... wiem... powiecie, że to niemożliwe... uwierzcie, że to możliwe!!! Jak spał, można było podnieść go z leżakiem, wynieść w las i tak go zostawić...nie obudził się.

alt

Kajak to idelany środek pływający do wywozu zestawów: szybki, zwrotny i niezawodny.


Gdy zaczynałem przygodę z karpiami i kulkami proteinowymi, nigdy na początku nie miałem odwagi, żeby sam nazwać się "karpiarzem", ale miło było, gdy ludzie nas tak nazywali, świadczyło to o tym, że właśnie tak jesteśmy postrzegani mimo, iż do prawdziwych karpiarzy pod względem sprzętu i doświadczenia brakowały nam lata świetlne. Ale gdy teraz tak myślę o tym, to daję mi to prawdziwy obraz karpiarza, bo karpiarz to nie ten, co ma sprzęt karpiowy, tylko ten, co myśli logicznie, stosuje karpiowe zasady, a przede wszystkim czerpie radość z łowienia karpi i ich wypuszczania, a czy użyje do tego wędki za 50zł, czy za 5000zł, dla mnie to nie jest istotne!!!.


Pamiętam inną fajną sytuację znad wody, łowiliśmy wtedy w trójkę, przeważnie zawsze wieczorem po zarzuceniu zestawów wszyscy kładliśmy się spać. Problem był taki, że jeden z kolegów nie miał sygnalizatorów i przeważnie po nocce miał zestawy gdzieś w zaczepach, bo karpie robiły, co chciały, a my tego nie słyszeliśmy. Także postanowiliśmy, ze każdy z nas będzie trzymał warte. Owy kolega bez sygnalizatorów pilnować miał pierwszy, usiadł na swoim mały stołeczku i zaczął wachować. My oczywiście do 1:00 w nocy mieliśmy czas na spanie, ale nie minęło pół godziny, jak pisk na mojej wędce oznajmił branie, wyskoczyliśmy, ja zaciąłem, holuje i patrzymy na naszego kolegę - stróża, a nasz kolega dawno już zapadł w głęboki sen skulony na stołeczku. I co śmieszne, nie obudziło go zamieszanie na brzegu wywołane braniem, ani dwa kolejne brania w nocy, które wyrywały nas ze snu. Dopiero nad ranem z niedowierzaniem słuchał nas, że przez noc wyciągnęliśmy kilka karpi, kiedy on spał i to w centrum zdarzeń!!!


Z biegiem czasu systematycznie zmieniałem sprzęt, dokupywałem, moje pierwsze trzyczęściowe karpiówki były z Robinsona, później kupiło się większe kołowrotki, jakiś stojaczek. Wszystkie oszczędności pakowałem w moje hobby. Trwało to jednak chwile, a ta chwila trwała dobre kilka lat, można by wręcz rzec, że "od pucybuta do milionera". Przez te lata zdobywałem doświadczenie, setki godzin spędzałem nad wodą, nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś będę pisał jakieś artykuły, dobrze nie wiedziałem, co to internet jest, o prowadzeniu portalu już nie wspomnę. Ale prawda jest taka, że człowiek cały czas się uczy, dlatego korzystając z dotychczasowego doświadczenia cały czas się kształcimy, a każda kolejna zasiadka na kolejnej wodzie uczy nas czegoś nowego. Minęło mi pierwsze dziesięciolecie karpiowania, były wzloty i upadki, sezony gorsze i lepsze, był sezon, kiedy myślałem, że to już koniec, że to już nie jest dla mnie, że to zauroczenie w karpiach minęło. Na szczęście myliłem się. Nigdy nie miałem aspiracji większych, jak tylko łowić systematycznie duże karpie i móc zrobić z nimi zdjęcie, bo w tym postrzegam największą wartość karpiowania. Wielką wartością jest również pamięć o tamtych przyjazniach, które zawiązały się między chłopakami, wspólne wypady, wspólna pasja, a to wszystko po to, by łowic ryby. Ale to nie były chore ambicje, to było czyste uczucie, pęd nad wodę, by tam spędzać czas. A to, co napisałem powyżej, jest tak naprawdę tylko cząstką, jakimś małym wycinkiem wspomnień, które mam w głowie. Często nie umiem zrozumieć młodych ludzi, którzy zaczynają przygodę z karpiowaniem, gdy słyszę z ich ust wypowiedzi typu: - muszę kupić jeszcze to...., to...., to....., i to...... i dopiero wtedy pojadę na karpie, jak nie dam rady kupić tego w tym roku, to na karpie pojadę w następnym...Nie mieści mi się to w głowie, bo ja myślałem, że jak: "nie mam karpiówki za 500zł, to biorę teleskop za 30zł i jadę, bo to kocham, bo bez tego nie umiem żyć, a czas spędzony nie nad wodą jest dla mnie czasem straconym..." I to jest właśnie moje karpiowe Genesis...mój początek.


TAK BYŁO 10 LAT TEMU......


ROK 2001

alt

alt

alt

alt

alt

alt


ROK 2002

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Uwielbiałem łowić na bata. Gdy na naszych sekcyjnych stawach zarybiano karpiem, specjalnie zamiast wędki brałem bata, bo takie karpie na delikatnych zestawach wywijały starsznie i dostarczały mnóstwo emocji.

alt


ROK 2003

alt

Tego karpia złowilismy dwukrotnie. Był to największy karp żyjący na dwuhekatorowej wodzie. Niestety, z tego co się póżniej dowiedziałem, karpia złowili inni wedkarze i niestety nie przeżył tego.To była wielka strata dla mnie. Wtedy czujesz, jak twoje przekonania i idee sa nieważne dla innych, jak inni ludzie potrafią nie szanowac tego, co mają najlepsze. Rybostan każdego zbiornika to dobro ogółu, które powinno być pielęgnowane i chronione, a nie niszczone!!!!

alt

alt

alt

alt

Rod-podzik przerobiony na 4 wedki. Dawał radę!!!

alt

alt

alt

alt

alt


A TAK JEST OBECNIE.....


alt

alt

alt

alt


alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


.....poza tym nie zmienia się nic i obowiązuje jedna prosta idea: "ŁOWIĆ DUŻE KARPIE I JE WYPUSZCZAĆ" .

Marcin Janic

PS. Jakość większości zdjęć pozostawia wiele do życenia, ale są to zdjęcia ze zwykłej kliszy, wywołane, następnie ponownie sfotografowane za pomocą cyfrówki i poprawione za pomocą programu graficznego, aby nadawały się do publikacji.

Komentarze (10)
Wspomnienie....
10 niedziela, 09 stycznia 2011 13:22
Krzysztof Caban
A karpie jak brały wtedy...
...
9 piątek, 07 stycznia 2011 15:55
Przemek
Świetny artykuł!!!
Pozdrawiam-Przemo
Marek
8 piątek, 07 stycznia 2011 11:39
widawa
Jest z kogo brać przykład,wielki szacun,pozdrawiam.
dziękuje wszystkim
7 czwartek, 06 stycznia 2011 20:01
Marcin Janic
Dziękuje Panowie za słowa uznania, bardzo długo nosiłem się z napisaniem tego i innych artykułów, w końcu kilka "projektów" zrealizowałem na świątecznym urlopie.

Marek, to taki okres było w zyciu, że się chwytało wszystkie "sroki" za ogon - karpiarstwo, siłownia, dyskoteki, panny i inne przyjemności...przyjemne czasy i wspomnienia:)
Metamorfoza.
6 czwartek, 06 stycznia 2011 18:45
Marek
Artykuł oczywiście I-sza liga najlepiej to ujął P.G.. Marcin (kurde),aleś Ty chłopie wyrósł.Z "wychudłego młodzianka"(bez obrazy) - pierwsza fotka , na "szafę trzy drzwiową" na ostatniej.HeHeHe!!!
vv
5 czwartek, 06 stycznia 2011 18:27
Woa-VooDoo
Ja dalej posiadam taki namiot z tropikiem i wytrzymywał duże ulewy na poraju i temperatury -5 nad tresną :) no troszke są problemy z zamkami :)
bivvy
4 czwartek, 06 stycznia 2011 15:29
Aleksander Jojko
tego namiotu szkoda:) hehe a swoją drogą jestem ciekaw ile miśków z tamtych lat jeszcze pływa jeziorze
!!!
3 czwartek, 06 stycznia 2011 12:14
Piotr Gawroński
Czapki z głów Panowie ! Ten artykuł to ...esencja prawdziwego karpiarstwa. Wolnego od mody, gadżeciarstwa i innych współczesnych przywar istniejących w tym hobby. Twoja historia Marcinie to przykład, który powinien być pokazywany nie tylko młodym adeptom tej sztuki ale wszystkim nazywającym się karpiarzami. Prawdziwa pasja, konsekwencja i samozaparcie w rozwijaniu swojego hobby. To jest po prostu piekne ! To jest prawdziwe ! I takie powinno być karpiarstwo i karpiarze !
:)
2 czwartek, 06 stycznia 2011 10:32
Tomasz Rojek
to jest chyba najlepsze w tym hobby - zawsze jest co wspominać - super artykuł - powiedziałbym wrecz ze od dawna takiego nie było
....
1 środa, 05 stycznia 2011 23:14
Janusz
super fajne fotki no i sporo tych tytułów :):):)
pasja:):):):)
Proszę zarejestruj się by móc dodawać komentarze do tego artykułu.

Poprawiony (środa, 19 stycznia 2011 18:57)

 

Logowanie
Kontakt
Marcin Janic

gg: 4162713
Aleksander Jojko

gg: 487219
Darek Mirek

gg: 7442067



carpteamsport@o2.pl
Statystyki
Odwiedziło nas już
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
gości.
Szukaj...
SeoPilot.pl
techniki grzewcze
Kotły, Piece, Solary i Pompy. Tysiące Ofert Pracy.
budownictwonowoczesne.blogspot.com
zdjęcia ślubne wielkopolska
Dobrze trafiłeś. zjawiskowe zdjęcia ślubne fotograf ślubny glamour.
foto-lemanska.pl
Goście online
Naszą witrynę przegląda teraz 116 gości i 6 użytkownik 
  • Marcin Janic
  • klimo
  • widawa
  • lukas
  • pavek
  • Tron
Przyjaciele