Chyba
każdy z nas boryka się z podobnym problemem, gdy chce poświęcić swój
wakacyjny urlop na karpiową zasiadkę: gdzie jechać na karpie? które
łowisko wybrać? dzikie czy komercyjne? u nas w kraju czy za granicą?.
To są najczęściej zadawane pytania, na które nie ma jednoznacznej
odpowiedzi, gdyż każdy karpiarz preferuje coś innego i dostosowuje
wszystko do swoich potrzeb i możliwości.
Mimo, że w Polsce jest naprawdę ogromna liczba pięknych zbiorników
godnych uwagi, ja jednak postaram się namówić Was na wyjazd na jedno z
zagranicznych łowisk. I nie mam tu bynajmniej na myśli żadnej komercji,
gdzie tygodniowy pobyt kosztuje od 250 do 500 euro, gdyż najczęściej z
tym kojarzymy zachód Europy. Poza tymi łowiskami jest tu naprawdę
ogromna liczba zbiorników wodnych, gdzie możemy łowić i delektować się
karpiową atmosferą. Wiem, że zaraz podniosą się głosy, iż taki
zagraniczny wyjazd będzie kosztował bardzo dużo. Jednak czy jest tak
naprawdę?
Swoje argumenty oprę o kompleks holenderskich łowisk w
okolicach Rotterdamu. W dzisiejszych czasach przejechanie 1000 - 1200km
dla większości z nas nie stanowi większego problemu, nierzadko aby
dostać się na jakieś polskie łowisko, musimy pokonać 600-700km, a
biorąc pod uwagę i porównując infrastrukturę dróg, koszty transportu
będą podobne, lub nieco wyższe w przypadku zagranicznej wyprawy. W
numerze poprzednim KM przedstawiłem już sprawę dotyczącą holenderskich
licencji, jednak dla przypomnienia podam, iż koszt rocznej licencji na
dany region, to ok 35 euro (140zł), natomiast licencja dobowa na jedną
wędkę, to koszt 3,5 euro (14złotych). W dzisiejszych czasach wielu z
nas ma znajomych za granicą, którzy na pewno pomogą i doradzą. Jeśli
nie, to wystarczy wejść na któreś z karpiowych for i sprawę dostępu do
informacji mamy załatwioną, gdyż zawsze znajdzie się chętny użytkownik
mieszkający za granicą, który pomoże i doradzi. Takie informację można
zdobyć odwiedzając portal www.carpteamsport.pl, tutaj na pewno uzyskasz
informacje zarówno o łowiskach w Polsce, ale również o łowiskach
angielskich, holenderskich, belgijskich oraz francuskich. A już mamy
idealny układ, gdy wybieramy miejsce na wyprawę, w pobliżu którego
mieszka znajomy karpiarz. Wtedy po wcześniejszych ustaleniach możemy
przyjechać na gotowe i zanęcone miejsce, gdzie karpie na nas już
czekają.

Holenderski
kraj jest pełny pięknych jezior, stawów, kanałów, kanalików i cieków,
tutaj w promieniu 20 kilometrów mamy do dyspozycji przynajmniej kilka,
nierzadko kilkanaście miejsc godnych uwagi, a przecież nasza wakacyjna
wyprawa nie musi ograniczać się do jednego miejsca. W tym przypadku
warto być mobilnym i szukać karpi obławiając kilka miejsc. Wystarczy
jednak już tych ogólników, przejdźmy teraz do konkretów, czyli łowisk,
które chciałem Wam przedstawić. Są to dwa kompleksy łowisk o nazwie Het Lage Bergsche Bos i Hoge Bergsche Bos.
Lage i Hoge
Wody
położone są w obrębie Rotterdamu na północy w miejscowości
Bergschenhoek, leżą od siebie w odległości ok 1 kilometra. Zbiornik Het
Lage Bergsche Bos otoczony jest lasem, w którym znajdują się ścieżki
rowerowe i dla spacerowiczów, dodatkowo na terenie parku żyją zwierzęta
podobne do naszych polskich żubrów o nazwie hooglandersy. Brzegi
zbiornika w 70% porośnięte są krzakami i drzewami, dlatego niewiele
jest odpowiednich miejsc dla karpiarzy. Głębokość na Lage, podobnie jak
na Hoge, rzadko przekracza 2 metry. Są to zbiorniki bardzo zamulone i
ciężko znaleźć miejsca z twardym dniem, dlatego tak ważne jest zbadanie
dna zbiornika, aby oszczędzić straconych godzin w oczekiwaniu na
branie, gdy zestaw na ślepo umieścimy gdzieś w łowisku. Na Hoge brzegi
w większości są dostępne dla karpiarzy, gdyż zalesienie jest znikome.
Największy złowiony karp na Lage ma 18kg i nadal pływa w swoim rewirze
czekając na kolejnego łowce. Na Hoge złowienie kilkunastokilogramowego
karpia też nie jest nierealne, a największe karpie osiągają ciężar
15-16kg.
Gdy rano po przebudzeniu wyjdziecie
z namiotu i waszym oczom ukaże się to stworzenie, to nie panikujcie!
Hooglandersy żyjące na Lage, to niegroźne zwierzaki.
Ciekawostką jest, że Lage, jak i Hoge, to kompleksy wód składające
się z mniejszych stawów połączonych ze sobą za pomocą kilku metrowej
szerokości kanałów , a z obserwacji karpiarzy wynika, że karpie w ogóle
nie przemieszczają się ze stawu do stawu, a te same sztuki łowione są
co roku w tych samych miejscach.
Zimowa sceneria na Lage.
Dobór sprzętu to istotna sprawa.
Myślę,
że najistotniejszą sprawą jest nasz zestaw, który musi być
skonstruowany z odpowiednich materiałów tak, aby był odporny na
przetarcia. Związane jest to z łowieniem w korzeniach, przy krzakach, a
także przy drewnianych kołkach wzmacniających brzegi. Grubość żyłki
głównej w tym przypadku jest mniej istotna, gdyż i tak musimy
zastosować przypon strzałowy. Ja używam standardowej grubości żyłkę
0,30mm i w zupełności wystarcza.. Przypon strzałowy powinien wykonany
być albo z wytrzymałej plecionki, albo z fluorocarbonu. Ja stosuje to
drugie rozwiązanie, ponieważ fluorocarbon dzięki swoim właściwością
oprócz tego, że jest wytrzymały i odporny na przetarcie, to jeszcze
niewidoczny w wodzie, dzięki czemu nasz zestaw prezentuje się
naturalniej. Zestaw samozacinający z bezpiecznym klipsem, to standard,
także nie trzeba go raczej opisywać. Co się tyczy ciężarków, to ja
stosuję gramaturę od 60 do 90gr. Jeśli jesteśmy pewni, że w miejscu,
gdzie położymy nasz zestaw, jest stosunkowo twardo, wtedy nasz ciężarek
może być cięższy, jednak gdy nasz zestaw z przynętą ulokujemy na
miękkim dnie np: muł, którego tutaj nie brakuje, wtedy proponuje
założyć mniejszy ciężarek i 60 gram jest wystarczające. Przejdźmy teraz
do naszego przyponu, bo to najistotniejszy element naszego zestawu.
Materiał, z jakiego zostanie on wykonany, powinien być również mocny i
odporny na przetarcia, plecionka o wytrzymałości 25lbs nie będzie
niczym nadzwyczajnym. Wielkość haczyka dobieramy do używanych przynęt,
jednak proponowałbym stosować duże przynęty, wtedy mniejsza szansa, że
zainteresuje się nią leszcz, którego w łowisku jest sporo. W tym
przypadku haczyk nr 2 lub 4 będzie odpowiedni. Stosowanie dużych
haczyków ma swoje uzasadnienie, gdy łowimy w zaczepach. Duży i gruby
haczyk pewnie trzyma się w pysku ryby, więc przy zastosowaniu pontonu
jest duże prawdopodobieństwo, że uda nam się wyciągnąć rybę, gdy ta
wejdzie w zaczep, a zestaw zakleszczy się między kołkami. Ponadto karp,
który wejdzie w zaczepy, w panice robi wszystko, aby się uwolnić. Zbyt
mały i cienki haczyk może doprowadzić do uszkodzenia pyska, rozcięcia
tkanki i rozerwania. Takich karpi w łowisku nie brakuje. Ja na ten
rodzaj łowienia mam swoje określenie, mówię na to: ?po angielsku?- to
sytuacja , gdy do dużej przynęty 20mm i większej stosujemy haczyki nr 8
i mniejsze. A dlaczego właśnie taka nazwa? Ponieważ takie typy zestawów
bardzo często promowane są przez wiodące angielskie firmy karpiowe.
Małe, cienkie i niezmiernie ostre haki stosowane wśród kołków i
zaczepów tną wargi ryby, gdy ta z impetem tylko się w nie wpląta.
Często też tego typu zestawy wyławiam z wody lub ściągam z
przybrzeżnych krzaków zerwanych podczas rzutów. Dodatkowo prezentuje
drastyczne zdjęcie karpia z Hoge, który już dosyć dawno pozbył się
całej wargi, przez co jego pysk został zdeformowany. Uważam, ze większy
hak z grubego drutu jest bezpieczniejszy dla samego karpia, oczywiście
nie neguję właściwości zestawów z mniejszymi hakami, jednak powinno się
je stosować w innych miejscach, gdzie woda jest czysta, pozbawiona
podwodnych przeszkód, a karpie bardziej ostrożne.

Moje ulubione, a zarazem sprawdzone przypony.
Ten
karp miał 12 kg i gdyby nie brak pyska, to wyglądałby pięknie. Efekt
źle dobranego zestawu i braku umiejętności ze strony łowiącego.
"Gdzie patyki, tam wyniki"
Mój kolega Konrad
twierdzi, że ?gdzie patyki, tam wyniki? i chyba coś w tym jest, gdyż o
wiele lepsze wyniki będziemy mieli, gdy położymy zestaw blisko kołków,
zwisających nad wodą i zatopionych gałęzi, niż na otwartej wodzie.
Część brzegów jest trudno dostępna z powodu nadbrzeżnej roślinności,
krzaków i niedużych drzew. To powoduje, że karpie czują się w tych
miejscach bezpieczniej, niż na otwartej wodzie. To jednak rodzi dla
karpiarza wiele problemów, a jednym z najważniejszych jest to, aby
podczas brania nie dopuścić, by zacięta ryba weszła w kołki, gdyż w 90%
jest to powodem zerwanego zestawu, a przede wszystkim ryby. W tym
przypadku możemy zastosować dwie taktyki, albo będziemy czujni i w
chwili zauważenia brania zatniemy, aby nie pozwolić rybie wejść w
drewniane paliki, albo hamulec wolnego biegu zluzujemy na tyle, aby
karp po braniu mógł swobodnie wybierać żyłkę i mieć nadzieję, aby
obrany przez niego kierunek ucieczki będzie inny, niż w stronę kołków,
co się jednak niezmiernie rzadko zdarza.
Róg wyspy i kołki - to dobre miejsce na położenie naszego zestawu.
Tuż pod drugi brzegiem - paliki, zwisające drzewa i twardzsze dno - idealne miejsce na położenie zestawu.
Nęcimy punktowo
Z
doświadczenia wiem, iż najlepszym sposobem nęcenia będzie punktowe
podanie zanęty w niedużym obrębie wokół naszego zestawu. Długotrwałe
nęcenie nie przynosi pożądanych efektów, gdyż ściągamy w ten sposób w
łowisko drobne karpie i wszędobylskie leszcze, poza tym w łowisku karpi
jest stosunkowo dużo, dlatego nie trzeba go ściągać z innych części
wody. Taką sytuację miałem na Hoge, gdy w nęconym miejscu kilka dni
przed zasiadką nie mogłem opędzić się od stada drobnych karpi, takich
od 3 do 6kg. Dopiero, gdy jeden z zestawów położyłem całkowicie w innym
miejscu, nęcąc punktowo, brania małych karpi ustały. Jednak co 2-3
godziny miałem jedno branie, ale każdy złowiony przez mnie karp miał
ponad 10kg. Jeszcze kilkakrotnie taka sytuacja powtarzał mi się na tym
zbiorniku, dlatego całkowicie odstąpiłem od długotrwałego nęcenia.
Porcja ziaren podana z łódki zdalniesterowanej, zastosowanie siateczki
lub woreczka PVA, albo po prostu sypnięcie kilku garści na zestaw
spuszczony z pontonu, to najlepsza metoda na ściągnięcie karpi.

Kulka czy orzeszek?
Na
tych łowiskach karpie, jak i amury przepadają za orzechami, zarówno
arachidowymi jak i tygrysimi. Te przynęty przebijają swoją
skutecznością kulki proteinowe, co wcale nie wyklucza kulek, jako
skutecznej przynęty i zanęty. Także kukurydza i pellet na włosie może
przynieść dobre efekty, jednak tak jak wcześniej wspomniałem, duże
prawdopodobieństwo, że będziemy mieli na zestawie więcej brań, ale
wielkość ryb będzie wręcz odwrotnie proporcjonalna do ich ilości.
Kulka czy orzeszek? - oto jest pytanie.
Karpiowy doublet.
Dojazd jest bardzo łatwy.
Nie
ważne, z którego regionu Polski będziemy jechać, czy to ze Śląska,
Warszawy czy z Pomorza, należy kierować się na Berlin na autostradę
E30, która doprowadzi nas do samej Holandii do miejscowości Utrecht,
skąd dzieli nas już tylko 30 kilometrów od Rotterdamu autostradą nr
E25, która zmienia się w A20. Jak wspomniałem już powyżej, miejscowość
Bergschenhoek leży na północ od Rotterdamu, więc będąc na A20 jesteśmy
w zasadzie na miejscu. Należy zwracać uwagę na znaki drogowe, które są
bardzo dokładne i dzięki którym bezproblemowo dojedziemy na miejsce.
Odległość, jaką mamy do pokonania ze Śląska to ok 1150 kilometrów, a
jadąc z Pomorza, ok 1000km.
Wiosenny karpik.
Łowiska,
które opisałem tutaj nie są znanymi dla wszystkich zagranicznymi wodami
typu Madine, czy Rainbow. Nie pływają w tych wodach 30 kilogramowe
karpie, a jednak są to bardzo zadbane wody, w których występuje duża
populacja karpia, gdzie można miło spędzić czas oddając się karpiowej
sztuce, a co najważniejsze koszty licencji są kilkanaście razy
mniejsze, niż w przypadku typowej komercji. Podobny charakter wyżej
przedstawionych wód Lage i Hoge posiada wiele innych zbiorników
znajdujących się w tym kraju, oczywiście są tu również wielkie
kilkusethektarowe rozlewiska, gdzie również łowi się karpie, jednak
takie wody o wiele trudniej opanować na krótkich zasiadkach i potrzeba
poświęcić na to o wiele więcej czasu. Dodatkowo decydując się na taki
wyjazd, nie musimy wszystkich dni spędzać nad wodą, uważam wręcz, że co
najmniej 2 dni powinniśmy poświęcić na zwiedzanie okolicznych miast i
poznanie tutejszej kultury. Poza tym Holandia może być dopiero
początkiem naszego karpiowego euro-tripu, aby dostać się do Anglii,
wystarczy wskoczyć na prom i po 2 godzinach jesteśmy na Wyspach
Brytyjskich, jakaś godzina drogi samochodem dzieli nas od granicy
holendersko- belgijskiej, a aby dostać się do stolicy Francji, musimy
przejechać ok 500km, a wracając do domu możemy jeszcze zahaczyć o
austriackie karpiowe łowiska. Zapomniałbym, bo przecież z Francji
możemy jeszcze skoczyć na wielkie sumy i karpie do Hiszpanii. Poza tym
temat karpiowego eurotripu nie jest przypadkowy, gdyż gdzieś tam w
głowie rodzi mi się plan, aby taką podróż odbyć i zwiedzić kilka krajów
w poszukiwaniu karpiowych miejscówek. Gdy uda się ten pomysł
zrealizować, to Wy, czytelnicy Karp Maxa dowiecie się o tej wyprawie,
jako pierwsi. Nie wiem, czy przedstawionymi przeze mnie argumentami
udało mi się namówić Was do takiego wyjazdu, myślę jednak, że temat
jest godny uwagi i wart zastanowienia, gdy będziecie planować kolejny
wakacyjny urlop.

Wielkie łuski, grubaśny brzusio i niesamowita moc - tym charakteryzują się karpie na Hoge.
Marcin Janic
Artykuł dostępny również w kwartalniku KARPMAX 03/2011
