Ostatnio na forum
Więcej...




"Powrót do kraju" - Janusz i Piotr Gabruk

Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 
altalt
Po powrocie do kraju marzyłem, żeby jak najszybciej wyjechać i odpocząć na naszej polskiej wodzie. I tu stanąłem przed dylematem, gdzie jechać. Dwie możliwości wchodziły w grę, jechać na komercyjne łowisko lub na wodę PZW. Wybrałem chyba najprostszy wariant, wodę do której byłem przyzwyczajony ,bo tam uczyłem się rzemiosła karpiowego, czyli woda PZW.

Oczywiście przygotowania do wyprawy zajęły mi jeden dzień, w czym pomagał mi usilnie mój syn, który wytrwale czekał na mój powrót z zagranicy.

DZIEŃ PIERWSZY- czwartek

Szybkie pakowanie samochodu i wyjazd z całą rodzinką. Po przyjeździe nad wodę zajmujemy moje stare stanowisko, gdzie nie łowiłem od trzech lat. Moja dusza karpiarza nabrała animuszu choć nad naszymi głowami zaczęły zbierać się ciemne chmury, nadchodziła burza. Szybka decyzja- stawiamy w pierwszej kolejności namiot, na resztę przyjdzie czas. Burza mija nas obok zahaczając tylko deszczem. Wiedziałem, że znalezienie odpowiedniego miejsca do położenia zestawów zajmie mi dużo czasu, bo jest to bardzo pracochłonne. Sondując echosondą szukałem oczywiście górek, ale przede wszystkim głębokich rowów za nimi.
                                
 
alt
Nadchodzi burza.

alt
Rozbijamy obozowisko.

alt
Przygotowujemy sprzęt.

alt
Bez echosondy ani rusz.

alt
Sprzęt gotowy do boju.
 
Wybranie miejsc zajęło mi co najmniej godzinę, w tym czasie syn na brzegu rozwija nasz sprzęt karpiowy, a resztą obozowiska zajęła się żona wraz z córka. Wieczorem wywozimy zestawy i w końcu można odpocząć i spokojnie ugasić pragnienie zimnym piwkiem.
Nadszedł czas oczekiwania i pytanie, co nam przyniesie moja kochana woda, bo z relacji kolegów łowiących wcześniej nie brzmiało to obiecująco. Noc minęła nam spokojnie i bez emocji.

alt
Czas na wywiezienie zestawów.

alt
Moc jest z nami.

alt
Jest okej.


DZIEŃ DRUGI - piątek.

Oczywiście budzimy się wraz z synem o zmierzchu, uwielbiam tę porę dnia i czekając na utęskniony odjazd podziwiamy uroki wczesnego poranka. Nic się nie dzieje, aż wreszcie o 9.00 na lewej wędce, która jest najdalej wywieziona ok 200m, mam branie. Zacinam, ryba wysnuła tylko ok 1m żyłki z kołowrotka i wiadomo-jest już w zielsku, no cóż, trzeba płynąć po rybeczkę. Walka trwała ok 15 minut z rybą i z zielskiem, ale jesteśmy oboje zadowoleni. Przybijamy piątkę z synem i płyniemy do brzegu. Wiem, że jest fajniutki, szybciutkie ważenie, jest 15,2 kg ,kilka fotek, buzi i do wody. Do wieczora spokojnie odpoczywamy i relaksujemy się nad wodą. Noc znowu upływa nam bez stresu i adrenaliny.

alt
Piękny misiaczek - 15,2 kg.

alt
Czyż nie jest fajniutki.

alt
Za chwilę buzi i do wody.

alt
Za rok znów cię złapię, będziesz większy.

alt
Nasz potencjał jest w młodzieży.

alt
Piotr też uwierzył w sukces.



DZIEŃ TRZECI - sobota.

7.20 - branie znów na lewej wędce, tym razem ryba wysnuwa z kołowrotka dużo więcej żyłki i ląduje w zielsku. Przygotowanie pontonu do wypłynięcia zajmuje nam chwilę i płyniemy po rybę, marząc żeby była jeszcze większa od poprzedniej. Tym razem po dopłynięciu w okolice bojki oddaję wędkę synowi, żeby teraz on uczył się walki z rybą. Ciężko mu to szło ze względu na zielsko, ale sama walka bosko. Po moich uwagach i podpowiedziach poradził sobie świetnie, karpik ląduje w podbieraku, przybita piątka i do brzegu. Ważenie ryby przynosi efekt w postaci 12,6 kg, jest mniejszy od poprzedniego, ale to zawsze powyżej dychy.

alt
Misiaczek 12,6kg.

alt
Pierwsza duża ryba Piotra.

alt
Pierwsza,ale nie ostatnia.


Szybko wywożę zestaw i czas na śniadanko wraz z rodzinką. Siedząc przy stoliku zastawionym sutym śniadankiem przygotowanym przez nasze panie słyszę dźwięk sygnalizatora i nie wierząc własnym uszom spoglądam na wędziska i widzę piękny odjazd. Szybkie zacięcie i czuję rybę na kiju. Niestety trzeba znów płynąć, bo ryba w zielsku. Oczywiście postanowiłem, że znowu walkę z rybą odbędzie mój syn Piotr, bo przecież w naszej młodzieży tkwi potencjał przyszłego karpiarstwa. Z karpiem poradził sobie dobrze, choć nie powiem- były chwile gdzie bolały go ręce, ale chart ducha i zawziętość młodego adepta wzięły górę. Wyciągamy podbierakiem karpia do pontonu i do brzegu. Ważenie ,jest 13 kg ,nasze emocje sięgają zenitu, takiego obrotu sprawy nikt się nie spodziewał. Więc po ciężkiej pracy wzięliśmy się za dokończenie śniadania. Dzień upływa nam na opalaniu i wspominaniu emocji stoczonych zwycięskich walk karpiowych. Noc minęła bez efektów.

alt
Nastepny powyżej dychy.

alt
Uroczy misiaczek.

alt
Zaraz cię wypuścimy.

alt
Płyń po mamusię..

alt
Długo nie chciał od nas odpłynąć.



DZIEŃ CZWARTY - niedziela.

Oczywiście po takich pięknych braniach apetyt rośnie na jeszcze większe miśki i na nogach jesteśmy już o 4 rano. Niestety jak to w niedziele bywa, poranek spokojny i bez brań. Troszkę strachu, czyżby przestały gryźć. Ale my wierzymy w magiczną broń, jaką jest orzech KING SIZE, bo "MOC JEST Z NAMI" .Branie następuje w południe u Piotra na zestawie, który wywieziony jest najbliżej- spad z dużej górki. Walka na pontonie trwała chwilę ,karp miał 5,5kg ,mały ale cieszy. Dalszy rozkład dnia składał się z nieustającej walki z kąpiącymi się ludźmi i pilnowaniu bojek, bo ciekawość ludzka nie zna granic. Noc bez brań, ale za to z nutą adrenaliny, bo nasz czujnik ruchu reagował na nocne wędrówki lisów coraz to śmielej podchodzących do naszego obozowiska.

alt
Karpik 5,5kg.

alt
Mały, ale cieszy.

alt
Małe poprawki.

alt
Orzechy KING SIZE i "moc jest z nami".



DZIEŃ PIĄTY - poniedziałek.

Od rana przyczajeni, skupieni i natchnieni duchem walki czekamy na branie, a tu nic się nie dzieje. Ciszę i spokój przerywają tylko piękne spławy karpi. Pokazują się tylko w jednym miejscu. W południe nie wytrzymałem i postanowiłem sprawdzić teren, gdzie harcowały sobie miśki. Okazało się, że jest to miejsce zarośnięte aż do wierzchniej warstwy wody i oczywiste było co one tam robią. Niestety było tak mocno zarośnięte, że o położeniu zestawu można było zapomnieć. Wiadomo jak to jest, gdy nie ma brań, zaczynam główkować. Trzeba coś wymyślić, ale od zmiany planów jak to bywa odciąga mnie żona, twierdząc ze w końcu przyjechaliśmy odpocząć. Ma rację, przecież nie tylko o rybę w tym wszystkim chodzi, karp nie jest najważniejszy, a w końcu to już wyciągnęliśmy co mieliśmy wyciągnąć i co ma wisieć, to nie utonie. Nie zmieniam nic w technice łowienia. Wieczorem następuje branie tym razem na prawej wędce ,która milczała od czterech dni-MOC JEST JEDNAK Z NAMI!!!. Płyniemy do bojki i jesteśmy ciekawi co nam tym razem przyniesie nasza piękna woda. Krótka walka i płyniemy do brzegu z karpikiem, jak się później okazało - 8,8 kg. Późnym wieczorem zmienia się pogoda, bardzo silny wiatr i deszcz dręczy nas po nocy. O 2.15 w nocy budzi nas wyjąca centralka, jakie zdumienie wywarło to na nas, bo przecież jeszcze brania o tej porze nie było. Oczywiście ryba zaparkowała w zielsku. W strugach ulewnego deszczu płyniemy po nią. Ponton wzbija się na falach, aż w końcu jesteśmy przy bojce. Ryba odjechała kilka metrów w prawo od bojki. Po wyciągnięciu z zielska okazuje się,że jest to mały amurek, pełne zaskoczenie i troszkę żalu ,że w taką pogodę po nocy musieliśmy zmagać się z nieprzyjemną aurą dla tak małej ryby. Przemoknięci ważymy maleństwo- 2kg ,fotka ,buzi i do wody.

alt
Wieczorny odjazd.
alt
Karpik 8,8kg.
alt
W innym ujęciu.
alt
Mały amurek.




DZIEŃ SZÓSTY - wtorek.

Rano budzimy się już w lepszych humorach, bo po nocnych opadach i wichurze nie ma śladu, choć niebo jest troszkę zachmurzone. W południe chcemy kończyć zasiadkę, ale marzy nam się jakieś efektowne zakończenie. Mamy dwa brania, Piotr wyciąga małe karpiki 2,5kg i 2kg. Efektownie nie było, małe ale są.Za kilka lat jak zdążą urosnąć, znów będziemy się nimi cieszyć. W południe zwijamy obozowisko i do domu, do upragnionej wanny z ciepłą wodą.

alt
Jak urośnie będzie śliczny.

alt
Młodzież też łowi.

alt
Już wie, jak się obchodzić z rybą.

alt
Piotr uwielbia je wypuszczać.


Nasze łowisko przyjęło nas po prawie trzech latach nieobecności bardzo sympatycznie. Jest to woda bardzo trudna technicznie, błąd w położeniu zestawu mści się natychmiast, a ryby tam złowione cieszą niezmiernie. Oczywiście nie piszę co to za łowisko, wiadomo z jakiego względu, a ryby niech sobie tam żyją i dorastają w spokoju. Chciałem tylko wspomnieć, że po naszej zasiadce złowiono tam karpia o masie 21,5 kg, jest to rekord łowiska, ale raczej BYŁ REKORDEM!, bo łowcę tej ryby znam i jest mi strasznie wstyd i przykro, że zabrał ją do konsumpcji. Niech mu ością w gardle stanie, łowca zresztą już otrzymał przydomek- RZEŹNIK -dostał burę od nas i od moich zaprzyjaźnionych karpiarzy. Obiecał, że już się to nie powtórzy, ale życia temu miśkowi nie przywrócimy. Z takim troszkę smutnym akcentem kończę artykuł z naszej zasiadki i życzę wszystkim prawdziwym karpiarzom wspaniałych sukcesów........

Janusz i Piotr Gabruk

Komentarze (8)
Witam!
8 niedziela, 18 września 2011 21:47
Mateusz Wyzuj
Sorki!Tak trzymać panie Januszu!
Witam!
7 niedziela, 18 września 2011 21:45
Mateusz Wyzuj
Tak trzymać panie Leszku!
hahaha
6 poniedziałek, 12 września 2011 09:17
Tomasz Rojek
"wypuszczam bo nie lubie jesc ryb" - nieco dziwna filozofia :D ja tez raczej z nieco innych powodow wypuszczam mimo ze uwielbiam jesc ryby
wypuszczam, bo zrozumiałem....
5 poniedziałek, 05 września 2011 20:25
Marcin Janic
a ja wypuszczam, bo zrozumiałem, że tylko w taki sposób na następnej zasiadce znowu będę mógł złowić kilka ładnych ryb....
:)
4 poniedziałek, 05 września 2011 19:55
Tobiasz
Bardzo ładny artykuł.Siła i nadzieja tkwi w młodzieży:)
szczera odpowiedz
3 poniedziałek, 05 września 2011 08:39
Sebastian Lang
wypuszczam bo nie lubie jesc ryb tylko je lowic,nawet sandacz mi nie smakuje
"BYLE W ŁEB, RESZTA NIEWAŻNA"
2 niedziela, 04 września 2011 15:07
Marcin Janic
Artykuł kolegi Janusza dał mi do myślenia. Gość zaszlachtował karpi 21,5kg i tak naprawdę jego zapewnienie, że to się już nie powtórzy, nie znaczy nic! STAŁO SIĘ! Ja też wiele razy tylko w tym sezonie słyszałem o wielkich karpiach, które złowione już nie poczuły swojej rodzimej wody, a wylądowały na patelni w postaci dzwonków i jako klopsy w słoiku. I tak się zastanawiam, czy rzeczywiście większość ryb wraca do wody czy dostaje pałka w łeb? Jak to wygląda u Was?
GRATULUJE!!!!
1 niedziela, 04 września 2011 15:05
Marcin Janic
Można by rzec, że świetny COME BACK!!!! Gratuluje ładnego rekordu z wody PZW!!! Jeszcze tam zasiądziemy razem:)
Proszę zarejestruj się by móc dodawać komentarze do tego artykułu.

Poprawiony (niedziela, 04 września 2011 15:03)

 

Logowanie
Kontakt
Marcin Janic

gg: 4162713
Aleksander Jojko

gg: 487219
Darek Mirek

gg: 7442067



carpteamsport@o2.pl
Statystyki
Odwiedziło nas już
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
gości.
Szukaj...
SeoPilot.pl
gra przeglądarkowa
Graj w popularną grę strategiczną EA w przeglądarce. To Pirate Strom.
ograch.com
Goście online
Naszą witrynę przegląda teraz 107 gości i 6 użytkownik 
  • Marcin Janic
  • klimo
  • widawa
  • lukas
  • pavek
  • Tron
Przyjaciele