"Pierwsza zasiadka" - Patryk Błaszczak
Pewnego
śnieżnego, zimowego wieczoru jak zwykle siedziałem przed komputerem
przeglądając strony o tematyce wędkarskiej. Moją uwagę przykuwały
najbardziej zdjęcia dużych karpi łowionych na wodach polskich i
zagranicznych. Na fotografiach tych, oprócz ryb widać było również
uśmiechnięte od ucha do ucha "gęby" uradowanych łowców trzymających w
niemalże miłosnym uścisku cielska grubych "Misiaków". Twarze te wręcz
promieniały szczęściem.
- A
co z moimi fotkami?- pomyślałem przez chwilę i otworzyłem folder, w
którym zgromadziłem zdjęcia z rybami złowionymi przeze mnie w zeszłym
sezonie. W porównaniu ze zdjęciami karpiarzy moje wyglądały dosyć
mizernie. Ja sam co prawda wyglądałem na nich na bardzo szczęśliwego,
ale na tym kończyły się podobieństwa. Główną różnicą był przede
wszystkim brak karpi, no i wielkość ryb. Leszcze, klenie, karasie czy
plocie mimo tego, że nie należały do małych to przy
kilkunastokilogramowych karpiach wyglądały jak szprotki.. - Chwila,
chwila - pomyślałem - skoro oni mogą łowić taaaakie karpie, to ja chyba
też? -
Tym razem zanurkowałem w szufladzie, w której trzymałem starsze fotografie - te sprzed ery cyfrówek. No i znalazłem to czego szukałem " mojego pierwszego Cyprinusa " Złowiłem go ponad 10 lat temu, nie był może okazem; ważył 5,5 kg ale do dzisiaj jestem z niego strasznie dumny. Był to pierwszy karp, którego złowiłem nie przypadkiem. Było to dawno, dawno temu... Później jakoś o karpiach zapomniałem i zająłem się wyczynem spławikowym. Ale teraz... Koniec z łowieniem drobnicy. Będę karpiarzem. Mocne słowa ale postanowione.
Tym razem zanurkowałem w szufladzie, w której trzymałem starsze fotografie - te sprzed ery cyfrówek. No i znalazłem to czego szukałem " mojego pierwszego Cyprinusa " Złowiłem go ponad 10 lat temu, nie był może okazem; ważył 5,5 kg ale do dzisiaj jestem z niego strasznie dumny. Był to pierwszy karp, którego złowiłem nie przypadkiem. Było to dawno, dawno temu... Później jakoś o karpiach zapomniałem i zająłem się wyczynem spławikowym. Ale teraz... Koniec z łowieniem drobnicy. Będę karpiarzem. Mocne słowa ale postanowione.

Ten pierwszy.
Od
tej chwili cały wolny czas poświęciłem zgłębianiu tajników łowienia
cyprinusów. Przeglądałem prasę, strony internetowe, czytałem książki i
oglądałem filmy o tematyce karpiowej. Tak minął mi czas do wiosny,
kiedy to nadszedł czas sprawdzianu mojej wiedzy teoretycznej w praktyce.
Poszedłem troszkę na łatwiznę i postanowiłem zacząć na wodzie
komercyjnej gdzie wiosną miałem większe szanse na spotkanie z karpiem.
Dzikie, trudniejsze wody pozostawiłem sobie na później. Do pierwszej
zasiadki karpiowej udało mi się namówić ojca, który jest moim wędkarskim
mentorem. A oto jej opis:
Na pierwszą karpiową zasiadkę wybraliśmy niewielki staw zarybiony karpiami, amurami i jesiotrami o wadze powyżej 5 kg. Postanowiliśmy spędzić nad stawem cały weekend majowy. Na łowisku zameldowaliśmy się w niedzielne południe. Wybór miejsca był z góry zaplanowany - już od miesiąca zarezerwowane mieliśmy stanowiska nr 3 i 4. Rozbicie obozowiska zajęło nam około 2 godzin " namiot, parasole, fotele" pomyśleliśmy o wszystkim co może uprzyjemnić 2 dni wędkowania, tym bardziej, że prognozy pogody niestety nie były obiecujące.
Na pierwszą karpiową zasiadkę wybraliśmy niewielki staw zarybiony karpiami, amurami i jesiotrami o wadze powyżej 5 kg. Postanowiliśmy spędzić nad stawem cały weekend majowy. Na łowisku zameldowaliśmy się w niedzielne południe. Wybór miejsca był z góry zaplanowany - już od miesiąca zarezerwowane mieliśmy stanowiska nr 3 i 4. Rozbicie obozowiska zajęło nam około 2 godzin " namiot, parasole, fotele" pomyśleliśmy o wszystkim co może uprzyjemnić 2 dni wędkowania, tym bardziej, że prognozy pogody niestety nie były obiecujące.

Przygotowanie stanowiska...
Po
2 godzinach przygotowań zestawy wylądowały w wodzie. Postanowiliśmy, że
nęcić będziemy drobną zanętą spożywczą o zapachu miodowym z dodatkiem
kukurydzy konserwowej i pelletu rybnego o średnicy 8 mm. Drobna zanęta
szybko sprowadza ryby w łowisko a powoli rozpuszczający się pellet
dodaje nutę naturalnego zapachu i pobudza wiosenne ryby do poszukiwania
pokarmu, nie dając im się zbytnio najeść. Dodatkowo procą posłaliśmy w
łowisko niewielką ilość kulek truskawkowych i o smaku wątroby.

Basterowi najbardziej smakowały kulki wątrobowe...
Zewnętrzne
zestawy uzbroiliśmy w sprężyny do metody a na włosach umieściliśmy
kukurydzę. Moją wewnętrzną wędkę uzbroiłem w zestaw helikopterowy a na
przyponie włosowym umieściłem kulkę o smaku wątroby. Tato natomiast
swoją wędkę uzbroił w zestaw klasyczny z kulką truskawkową na włosie.
Po zarzuceniu wędek mogliśmy spokojnie zająć miejsca na wygodnych
fotelach.

...i gotowe- można wygodnie rozsiąść się w fotelu...
Popołudnie
minęło bez brania. Pod wieczór opuściłem stanowisko i poszedłem do
wynajętego przez nas domku w którym moja narzeczona Dorotka i mama
przygotowywały kolację. Przy wędkach został tato. Po moim powrocie
dowiedziałem się, że pierwsze branie nastąpiło na mojej wędce uzbrojonej
w kulkę wątrobową - niestety chwilę po zacięciu ryba spięła się. Po tym
wydarzeniu tato zmienił kulkę na swojej wędce na rybiego "śmierdziela",
a dodatkowo postanowiliśmy zaopatrzyć zestawy w woreczki rozpuszczalne
z rybnym pelletem i pokruszonymi kulkami w celu punktowego ich
donęcenia .
Po zapadnięciu zmroku w naszym łowisku "zaczął się ruch". Około godziny 21 nastąpił kolejny odjazd na mojej wędce z kulką - niestety nie udało się zaciąć ryby. Do 1 w nocy notujemy jeszcze kilka takich brań i dalej ZERO na koncie. O 1 w nocy postanowiłem przespać się 2 godzinki w namiocie. Tato pozostał przy wędkach, o 2:45 obudziło mnie wycie sygnalizatora przy jego wędce - niestety znowu pudło. Dałem sobie spokój ze spaniem. W końcu przyjechałem łowić ryby a nie wylegiwać się w namiocie. Nie zdążyłem dobrze rozsiąść się w fotelu kiedy sygnalizator przy wędce taty znowu się "rozwrzeszczał". Po zacięciu wędka wygięła się w pałąk i zaczęła się zabawa. Ryba ruszyła z impetem w lewą stronę. Po kilku chwilach na moich wędkach odezwały się sygnalizatory co oznaczało, że walcząca ryba uciekając zabrała ze sobą moje zestawy. Rzuciłem się do wędek żeby je rozplątać a w tym czasie tata powoli przejmował inicjatywę w walce z niewidocznym przeciwnikiem. Odzyskując kolejne metry żyłki z każdą chwilą był coraz bliżej zwycięstwa. Kiedy doholował rybę w pobliże brzegu nagle kilka metrów od nas wzbiła się fontanna wody. Wśród rozbryzgujących się kropli dostrzegliśmy podłużny blady kształt wyskakujący ponad powierzchnie wody. Już wiedzieliśmy, że na kulkę skusił się jesiotr.. Po kilku chwilach szczęśliwie wylądowaliśmy rybę w podbieraku. Było jeszcze całkiem ciemno więc postanowiliśmy umieścić ją w worku i zrobić zdjęcie rano kiedy będzie jasno. 1:0 dla Błaszczaków. Teraz pozostało już tylko rozplątać węzeł gordyjski jaki zafundowała nam walcząca w ciemnościach ryba i można było zacząć wędkowanie od nowa.
Kolejne branie nastąpiło o 5:15. tym razem na mojej wędce z kukurydzą. Kolejny jesiotr znowu narobił małego zamieszania w naszych zestawach ale i tym razem hol zakończył się sukcesem. Było już całkiem jasno więc zważyliśmy obie ryby i zrobiliśmy kilka zdjęć. Po krótkiej sesji fotograficznej te prehistoryczne stwory wróciły do wody. Pierwszy jesiotr ważył równe 5 kg natomiast mój przeciwnik okazał się o pół kg cięższy.
Po zapadnięciu zmroku w naszym łowisku "zaczął się ruch". Około godziny 21 nastąpił kolejny odjazd na mojej wędce z kulką - niestety nie udało się zaciąć ryby. Do 1 w nocy notujemy jeszcze kilka takich brań i dalej ZERO na koncie. O 1 w nocy postanowiłem przespać się 2 godzinki w namiocie. Tato pozostał przy wędkach, o 2:45 obudziło mnie wycie sygnalizatora przy jego wędce - niestety znowu pudło. Dałem sobie spokój ze spaniem. W końcu przyjechałem łowić ryby a nie wylegiwać się w namiocie. Nie zdążyłem dobrze rozsiąść się w fotelu kiedy sygnalizator przy wędce taty znowu się "rozwrzeszczał". Po zacięciu wędka wygięła się w pałąk i zaczęła się zabawa. Ryba ruszyła z impetem w lewą stronę. Po kilku chwilach na moich wędkach odezwały się sygnalizatory co oznaczało, że walcząca ryba uciekając zabrała ze sobą moje zestawy. Rzuciłem się do wędek żeby je rozplątać a w tym czasie tata powoli przejmował inicjatywę w walce z niewidocznym przeciwnikiem. Odzyskując kolejne metry żyłki z każdą chwilą był coraz bliżej zwycięstwa. Kiedy doholował rybę w pobliże brzegu nagle kilka metrów od nas wzbiła się fontanna wody. Wśród rozbryzgujących się kropli dostrzegliśmy podłużny blady kształt wyskakujący ponad powierzchnie wody. Już wiedzieliśmy, że na kulkę skusił się jesiotr.. Po kilku chwilach szczęśliwie wylądowaliśmy rybę w podbieraku. Było jeszcze całkiem ciemno więc postanowiliśmy umieścić ją w worku i zrobić zdjęcie rano kiedy będzie jasno. 1:0 dla Błaszczaków. Teraz pozostało już tylko rozplątać węzeł gordyjski jaki zafundowała nam walcząca w ciemnościach ryba i można było zacząć wędkowanie od nowa.
Kolejne branie nastąpiło o 5:15. tym razem na mojej wędce z kukurydzą. Kolejny jesiotr znowu narobił małego zamieszania w naszych zestawach ale i tym razem hol zakończył się sukcesem. Było już całkiem jasno więc zważyliśmy obie ryby i zrobiliśmy kilka zdjęć. Po krótkiej sesji fotograficznej te prehistoryczne stwory wróciły do wody. Pierwszy jesiotr ważył równe 5 kg natomiast mój przeciwnik okazał się o pół kg cięższy.

Pierwszy jesiotr wyprawy - 5kg...

...po krótkiej sesji fotograficznej ryba wraca do wody.

A oto mój dinozaur.
2
godziny później zawył sygnalizator na mojej wędce z kulką wątrobową a
szpula w kołowrotku zaczęła obracać się w zawrotnym tempie. Po zacięciu
poczułem od razu, że ryba jest dużo silniejsza od poprzedniej. Tata
chwycił za kamerę, żeby uwiecznić hol na filmie a ja rozpocząłem
pojedynek. Ryba ruszyła po łuku zbliżając się niebezpiecznie do dużej
kępy trzcin znajdującej się na lewo od naszego stanowiska. Pomyślałem ,
że na końcu mojego zestawu jest karp, który zaplanował zaparkować w
trzcinach. Podbiegłem więc szybko w tamto miejsce i zacząłem ciągnąć
rybę w kierunku zarośli. Manewr ten okazał się skuteczny. Ryba zawróciła
w kierunku otwartej wody, wysnuwając kilkanaście metrów żyłki. Po
chwili jednak powtórzyła swój trick. Tym razem skierowała się w kierunku
drewnianego pomostu. Nie miałem szans dobiec do kładki, żeby powtórnie
oszukać rozpędzoną rybę. Jedynym rozwiązaniem było siłowe przytrzymanie
pędzącego karpia. Dokręciłem mocniej hamulec w kołowrotku. Wędka wygięła
się w jeszcze większy łuk a napięta do granic wytrzymałości żyłka
"zagrała" na wietrze najpiękniejszą melodie.. Karp niebezpiecznie
zbliżał się do pomostu. Czas jakby stanął w miejscu- sekundy trwały całą
wieczność... Widziałem Go w prześwietlonej porannymi promieniami słońca
płytkiej wodzie- był coraz bliżej i bliżej przeszkody- zaparłem się
jeszcze bardziej, odgiąłem się do tyłu..i.. przeszedł ! Udało się !
Ryba znów ruszyła w kierunku otwartej wody, jednak czułem, że wyraźnie
słabła. Po chwili miałem ją już pod nogami. Pierwsza próba podebrania
nie przyniosła efektu. Karp odbił się od podbieraka i znów odpłynął na
kilka metrów. Jednak był to już jego ostatni zryw. Oddałem podbierak
tacie, który nie przerywając filmowania sprawnie podebrał rybę. Był mój.
Nowy rekord życiowy. Piękny okrągły grubasek. Położyłem karpia na
wcześniej przygotowanej macie. Wskazówka wagi zatrzymała się 4 kreski za
dziewiątką, a więc 9 kg 400g. Krótka sesja zdjęciowa, buzi i do wody.
Po kilku chwilach na brzegu karp odpłynął do swojego domku. Tego ranka
było to już ostatnie branie.

Oto mój rekord życiowy - 9,4kg
ZŁÓW I WYPUŚĆ - dzięki tej zasadzie być może za rok znowu go złowię, a wtedy będzie ważył więcej.
W
międzyczasie niebo zasnuło się chmurami i zaczął siąpić deszczyk. Do
południa nie było więcej brań, więc postanowiliśmy przerwać łowienie na
kilka godzin. Zwinęliśmy nasze zestawy i udaliśmy się do domku
kempingowego żeby chwilę odpocząć od wędkowania.
Po południu znów zarzuciliśmy wędki. Niestety z godziny na godzinę pogoda robiła się coraz gorsza. Wiało coraz mocniej, temperatura spadła do 5 stopni a deszcz nie przestawał padać.
Ok. godziny 19 na chwilę się przejaśniło a deszcz ustał. I właśnie wtedy nastąpiło branie na wędce taty. Po zacięciu ryba odbiła w prawą stronę oddalając się na bezpieczną odległość od pozostałych naszych zestawów. Hol przebiegł bez niespodzianek i po kilku minutach w podbieraku wylądował największy jesiotr wyjazdu i zarazem ostatnią rybę naszej wyprawy. Waga wskazała równe 6 kilogramów.
Po południu znów zarzuciliśmy wędki. Niestety z godziny na godzinę pogoda robiła się coraz gorsza. Wiało coraz mocniej, temperatura spadła do 5 stopni a deszcz nie przestawał padać.
Ok. godziny 19 na chwilę się przejaśniło a deszcz ustał. I właśnie wtedy nastąpiło branie na wędce taty. Po zacięciu ryba odbiła w prawą stronę oddalając się na bezpieczną odległość od pozostałych naszych zestawów. Hol przebiegł bez niespodzianek i po kilku minutach w podbieraku wylądował największy jesiotr wyjazdu i zarazem ostatnią rybę naszej wyprawy. Waga wskazała równe 6 kilogramów.

Wędkowanie
zakończyliśmy o godzinie 22. Psująca się pogoda nie pozwoliła na
dłuższe przebywanie nad wodą. Jednak pomimo niesprzyjającej aury do domu
wracaliśmy w wyśmienitych humorach.
Wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę - lepszego "chrztu" karpiowego nie mogłem sobie wymarzyć. W tym roku zaliczyłem jeszcze kilka zasiadek również na dzikich wodach a moje karpiowanie zaczyna nabierać rozpędu ale to już temat na kolejny artykuł.
Wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę - lepszego "chrztu" karpiowego nie mogłem sobie wymarzyć. W tym roku zaliczyłem jeszcze kilka zasiadek również na dzikich wodach a moje karpiowanie zaczyna nabierać rozpędu ale to już temat na kolejny artykuł.
Patryk Błaszczyk
Redakcja: Artykuł został nagrodzony bonem o wartości 100zł na zakupy w internetowym sklepie karpiowym www.carpcity.pl . Gratulujemy.
Proszę zarejestruj się by móc dodawać komentarze do tego artykułu.
Poprawiony (środa, 19 października 2011 19:37)























































